Strona:Rabindranath Tagore-Poczta.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Amal:
Nad morzem?
Ojczulek:
Nad brzegiem wody, tak jak niebo, wielkiej.
Amal:
A są tam góry zielone?
Ojczulek:
Ptaki żyją wśród zielonych gór. A pod zachód słońca, gdy blask czerwony kładzie się na stoki, lecą gromadą na skrzydłach błyszczących ku gniazdom wśród drzew.
Amal:
Wodospady?
Ojczulek:
Boże! Niby djamenty topniejące lśnią, a w jakie pląsy puszczają się, kochanie! Jest ich tak wiele, z każdej góry spływają. Zachwycają do śpiewu kamyki, gdy ponad nimi ku morzu szumią. Żaden lekarz djablisko nie wstrzyma ich w biegu. A wiesz ty, że ptaki patrzały na mnie z pogardą? „Kim jesteś człowieku?“ śpiewały, „Stworzeniem, które niema skrzydeł!“ Zabolał mnie ten śpiew. A chciałem już chatę budować wpośród gromady ich gniazd i liczyć dnie, licząc fale morskie —
Amal:
Gdybym był ptakiem —
Ojczulek:
Ale, ale, Słyszałem, że pragniesz zostać czem innem, wywoływaczem kwaśnego mleka. W takim razie nie mógłbyś mi towarzyszyć na wyspę papuzią. Mleczarstwo nie popłaca wśród ptaków.
Madhav:
Rozum mi się mięsza. Już zupełnie!