Strona:Rabindranath Tagore-Poczta.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Mleczarz:
Nie, nie, pocóż mówić o tem? Napij się, choć trochę. Sprawisz mi wielką radość.
Amal:
Już odchodzisz? Straciłeś pewnie dużo czasu, rozmawiając ze mną.
Mleczarz:
Nie, kochanie. Zarobiłem bardzo wiele. Nauczyłeś mnie, jak można być szczęśliwym, sprzedając kwaśne mleko.
(Odchodzi)
Amal:
(śpiewnie)
Kwaśne mleko, kwaśne mleko, dobre świeże kwaśne mleko z pięknej wsi, z kraju wśród panczumarskich gór, z ponad brzegu Szamli. Kwaśne mleko, świeże kwaśne mleko! Kobiety wczesnym rankiem pędzą krowy pod gałęzie drzew w jeden wielki rząd i doją je. Wieczorem zaś nastawiają mleko, by skwaśniało. Kwaśne mleko, świeże kwaśne mleko!
Oho, strażnik znów pola obchodzi! Hej! Chodź-że tu, strażniku, porozmawiaj trochę zemną!
Strażnik:
Co to za krzyk? Nie boisz się mnie?
Amal:
Nie. Czemu?
Strażnik:
A jeśli cię stąd zabiorę?
Amal:
Dokąd pójdziemy? Czy daleko? W góry?