Strona:Rabindranath Tagore-Poczta.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Amal:
Nie, naprawdę mleczarzu, nigdy, nigdy nie byłem w twojej wsi. Ale skoro lekarz pozwoli mi wyjść, zaprowadzisz mnie do niej. Dobrze?
Mleczarz:
Owszem, pokażę ci ją.
Amal:
I nauczysz mnie, jak się w głos mleko zachwala, na barkach ciężar dźwiga?
Mleczarz:
Ty miałbyś mleko sprzedawać? Ależ chłopcze! Zostaniesz przecie uczonym! Będziesz czytać książki!
Amal:
Nigdy nie będę uczonym. Chcę pełne konwie nosić ze wsi u stóp starego drzewa Banian[1] przy drodze czerwonej i przed każdą chatą, jak Ty śpiewać piosenkę. O, jak pięknie nucisz: „Kwaśne mleko, kwaśne mleko, świeże kwaśne mleko“. Naucz mnie tej melodji.
Mleczarz:
Melodji? Co za pomysł!
Amal:
Naucz mnie! Słucham jej tak chętnie! Nie mogę ci powiedzieć, co czuję, gdy dochodzi mnie twe wołanie z poza skrętu drogi. Skoro śpiew twój biegnie wzdłuż tej alei staje mi się słodko i dziwnie. Jak wtedy, gdym usłyszał straszny krzyk kani w górze, pod niebem.
Mleczarz:
Drogie dziecię, chcesz może trochę kwaśnego mleka? Weź, proszę.
Amal:
Ależ ja niemam pieniędzy!
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku – odwołanie do przypisu, który nie został w tym wydaniu zamieszczony.