Przejdź do zawartości

Strona:Pułkownikówna Tom 1 (Kraszewski).djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Potrząsał głową.
— Niech Bóg uchowa! — przerwała Borkowska.
Szreter puścił się w dowodzenia, iż z suchot młodego wyleczyć niepodobna, że miłość jeszcze chorobę wzmoże, ale już pułkownikowéj i tego dosyć było co powiedział — najmocniejsze powzięła postanowienie Tekli tego konkurenta wybić z głowy. Było ich dosyć i bez niego.
Nie tajono przed panną co mówił doktor. Matka dopatrzyła, że popłakiwała po kątach, lecz miała tyle mocy nad sobą, iż w towarzystwie umiała być wesołą i nic nie okazywała...
Filipowicz dojeżdżał, przyjmowano go coraz chłodniéj, a biedny, choć zawsze udawać chciał rzeźwego i silnego, widocznie na siłach upadał. Wezwał wreszcie Szretera, który widząc, że nie poradzi mu, pocieszał go tylko i spokój zalecał.
Niemogąc już sam dojeżdżać, biedny amant, za pośrednictwem panny Agaty, nasyłał swą bohdankę listami.
Było mu coraz gorzéj i choroba, która się miała, zdaniem Szretera do jesieni przeciągnąć, w krótkim przeciągu czasu tak gwałtowne zrobiła postępy, iż codzień prawie końca smutnego się można było spodziewać.
Oprócz tego zmartwienia, miała pułkownikowa i drugie niemniejsze ze swą sprawą z Żywultem.
Przeciwnik zabiegał jak mógł, i gdzie tylko mógł, więcéj rachując na protekcyę i wpływy niż na sprawiedliwość, która po jego stronie nie była.