Wszystkie niemal budowy na podmurowaniach z polnych kamieni, starannie stawiane, mocne były i okazałe.
Gospodarstwo u Iwanowskiego nie szło by pewnie dobrze, bo on sam go nie pilnował, tylko wybrykami, — ale miał po rodzicach niejakiego Żemczugę, starego szlachcica, pono powinowatego, który był nieocenionym. W istocie on tu był panem, i od wielu niedorzeczności Iwanowskiego powstrzymywał, a był mu więcéj opiekunem niż sługą i miał w domu powagę wielką.
Rozumny człek nie przeciwił się swemu paniczowi, bo go dotąd tak nazywał, tylko w ostateczności — gdy niebezpieczeństwo groziło, w mniejszych i obojętniejszych rzeczach fantazyom jego dogadzał...
Towarzystw tłumnych a wrzaskliwych Iwanowski jak inni nie lubił. Teraz w swym smutku i żałobie po Tekluni, jedyną dlań pociechą był niemiec z Nieświeskiéj kapeli czasowo odmówiony, który mu przez pół dnia na flotrowersie wygrywał melancholijne pieśni, i ksiądz Klet...
Ksiądz Klet Mazurowicz był jakimś krewnym Iwanowskich po kądzieli. Ubogiego matka gwałtem pono przyodziała w sukienkę, oddała do seminaryum, i ratując od biedy, wymogła, że się wyświęcił. Dano mu nawet wikaryę na wsi... ksiądz Klet, który nigdy powołania nie miał, młody, temperamentu ognistego, zaraz w drugim roku coś takiego skrewił, że ratując go od gor-
Strona:Pułkownikówna Tom 1 (Kraszewski).djvu/143
Wygląd
Ta strona została skorygowana.