Przejdź do zawartości

Strona:Pułkownikówna Tom 1 (Kraszewski).djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

łakocie. Wprawdzie zastawa stołu nie była wspaniałą i wiele zostawiała do życzenia. Talerze, półmiski, widelce, noże i łyżki pozbierane po dworkach nie pasowały do siebie, bielizny było mało, szklanki najrozmaitszego kalibru — lecz za to humor raźny, wesołość i ochota osładzały wszystko.
Panna Tekla aby okazać, że wcale przyjęcia księżnéj nie wzięła do serca, przypasała do jedwabnéj sukni i robronu fartuszek biały, zakasała śliczne rączki i grała rolę gosposi.
Matka, która się jeszcze uspokoić nie mogła, wejrzawszy na córkę, słysząc dokoła wesoło wykrzykujących przyjaciół, zwolna téż powracać zaczęła do zwykłego humoru. Wzdychała tylko biedaczka, bo, mimo najlepszej chęci, przyszłość się jéj nie wydawała różowo.
Doświadczeńsza wiedziała dobrze, iż nim tłusty schudnie, chudy umrzéć musi, a z panami walcząc, biedakowi się siły wyczerpią rychło.
Przy tym improwizowanym obiedzie, którego główną podstawą był ogromny szczupak i fura kurcząt do śmietany, biesiadnicy usiłując pułkownikowę rozchmurzyć, pili, śpiewali, wykrzykiwali, wiwaty spełniali i przez otwarte okna gospody dworzanie wojewodzinéj włóczący się po miasteczku mogli się przekonać iż choć na obiad nie proszono Borkowskiéj, głodną przez to nie była.
Iwanowski rej wodził. Przeciągnęły się kieli-