Strona:Przybłęda Boży.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Francji. W bryzgach pożogi majaczy idąca nowa moc, wyłania się rozkuty groźny kontur zbudzonej potęgi: motłochu. Kordeljer gra rolę kapłańską, sprawiedliwość oddana w ręce oligarchji od krwi pordzewiałego triumwiratu. Gody republikańskie rozhasały się w ochrypłym tańcu.
Jourdan na lancy niesie godło nowego porządku, głowę ludzką:
W górę, sztandarze krwawy! Czy na polach słyszycie ryk żołdactwa, co dusić idzie syny wasze i dziewki? Wolności, wolności złota! Pod nasze przyjdź chorągwie i walcz i patrz, jak sczeźnie wrogów tłuszcza.

Obywatele, do broni!
Bataljon idzie w rzeź!
Sława przed tobą, sława cię goni,
A ziemia twoja pieśń krwawą dzwoni:
Wysoko sztandar nieś!

W niesamowitej kolejności padają głowy Ludwika Capet, Marata, Charlotty Corday, Marji Antoniny, Dantona, Robespierra. Z nikczemnych oparów powoli wznosi się Świat Nowy.
Ta orgja sztyletów i żądz, ta nawałnica wyładowująca napięcie nagromadzone w Europie przez wieki — na chwilę przesłoniła cel, sens, ideę. Ideę poczętą w tworze Jana Jakóba Rousseau. Ona szybko głos odzyskała w radosnem zawołaniu wolności, równości, braterstwa. Ona ponad dymiącym krwią Paryżem — cicha, zadumana, wielka — stała, by przeczekać dzikie pioruny i z cuchnącej flegmy, z odrażających wymiotów łożyska jasno się narodzić, na chwilę dłoń w ukojeniu złożyć na skroni znękanej gromady ludzkiej.