Strona:Przybłęda Boży.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nim pływa w łodzi i ryby łowi, więc on się zaciął, stare dziwadło — ale zaraz jest znów samotny.
Jesteś chłopię obarczone ciężkiem brzemieniem. Zawiązano ci oczy i powiedziano: patrz! W uszy napchano wiele i powiedziano: słuchaj! Pośrodku targowiska tłumnego postawiono cię i powiedziano: napawaj się ciszą! Ty brzemię z ramion ciśniesz, ty słyszeć będziesz nawet w ciżbie, a poprzez przepaskę widzieć.
Cisza.
Powiedzże, ojcze Renie...
Ale Ren lekko się zakręca, chyli trwożnie głowę, nagle zwęża bieg w strome kamienne omurowania — i z zaciśniętemi wargami, bacznie, pogardliwie a dumnie wtacza się w zgiełkliwe mury miasta Bonn. Raz i drugi kurczy się pod mostami dudniącemi, coraz to się otrząsa od fetoru dopływów miejskich, raźniej płynie i gniewniej.
Teraz to już nic nie powie.

Dom pani Breuning na rynku bonnońskim, fortepian w domu i okolice miasta — oto trzy punkty, między któremi upływają miesiące. A wszystko wśród nauki, wśród ciężkiej pracy, opromienianej słonecznym blaskiem młodych ekstaz i zapędów. Między jednem a drugiem skupieniem, między altówką a organami, zaplącze się tam niekiedy mieszczka urodziwa, lub złotokosa z lustrzanych posadzek panienka zadurzy głowę na chwilę, rozmarzy serce, poszemrze nad uchem, powieje gorętszym oddechem i w obłoczku woni, ciepła i kochania przeminie, pofrunie... Potem się, trochę jak po pijanemu, siada i pisze arję „Żyć w zgodzie z dziewczętami“, albo się wzdycha „Do Minny“. Kilka dni szczęśliwości, tydzień weltszmercu, miesiące pracy z wielu samotnemi godzinami.