Strona:Przybłęda Boży.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na polance drzewa rozstąpiły się i wdzięcznym gestem wskazują mi siedem drogich, poufałych szczytów, od wielu lat pocieszycieli w najgorszych godzinach.
Staję na stromym, zwietrzałym, zielono brodatym głazie, przykładam muszlę obu dłoni do ust i ponad urwiskiem wołam przeciągle:
— Ohej! Smocza Skało! Ohe-ej...!
Starowina leciutko zakolebała się, powiała szmerem wiatru po ciemnej grzywie leśnej i dała znak, że jest.
Wołam drugiego towarzysza.
Hemmerich sędziwy z koroną zwalonego zamku na skroni mruga ku mnie dobrotliwie.
— Lwia Góro!
Drgnęła, aż z baszty zmurszałej cisnęło się w chmury stado ptactwa.
I odzywa się Nonnenstromberg i Góra Oliwna, a potem głowę zadzieram wyżej i czuję z wysoka płynący oddech ciepły podniebnej Wolkenburg, a na samym końcu dzwonek drga srebrnie od strony maleńkiej kapliczki na Górze Piotrowej.
Są. Są wszystkie. Siedm — liczba rzeczy starych, mądrych i świętych: siedmiu było mędrców, siedm dni stworzenia i siedm od prawieków moich szczytów Siedmiogórza.
Legenda się tu panoszy na każdym listeczku, mit niepamiętny okala gęstą aurą zręby skaliste. Uderz sercem w głaz, a miej w niem wiarę i pokorę: zaraz ci tłum smutnych brodaczy osobliwą bajkę wyszumi o cudnej, alabastrowej Agnieszce z Mansfeld i księciu Gebhardzie — a nieco dalej ktoś powie półgłosem: Melanchthon — a na siedm łokci pod skałą we śnie poruszy się jasna, złocista apoteoza pratypu germańskiego, na łusce smoka od niewielu tysięcy lat drzemiący — Zygfryd!