Strona:Przybłęda Boży.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A ten Waldstein...
Przyjechał do Bonn na odbycie nowicjatu Zakonu Rycerskiego. Gra na fortepianie znakomicie, komponuje też — pożal się Boże coprawda, — serdeczna dusza, serce jakich mało. W ciąż improwizować mi każe i, jak posiwiały mistrz, tematy zadaje. Na Wiedeń ustawicznie namawia. Entuzjasta muzyki, szczery przyjaciel. I fortepian — to na pewno on mi przysłał... Przyznać się nie chciał — a kiedy groziłem napisaniem skryptu dziękczynnego do księcia elektora, to mi Ferdynand „odradzał“, to mi tłumaczył, że „nie lubi“ elektor tego rodzaju manifestacyj, że to już „on sam zrobi“ na najbliższej audjencji. Do Wiednia codziennie namawia, abym jechał. Mówi, że się guldeny znajdą, że się on sam o to na posłuchaniu postara. Twierdzi, że „dopiero w Wiedniu“ — gdzie jest wielki Mozart, gdzie jest muzyka nie taka jak w naszej zagrodzie — że tam dopiero „zabłysnę“, pokażę, co to znaczy grać. Nie wierzę...
Chyba już pojadę. Bo to jednak — Wiedeń...

Ferdynand hrabia Waldstein w kilkanaście lat później zaszczycony został monarszym rewanżem, dedykacją na czele jednego z największych dzieł Beethovena, Sonaty c-dur op. 53, do której na zawsze przylgnęło miano waldsteinowskiej.

Przyjaźń z Wegelerem, Breuningami, a później i z Waldsteinem przypada na czas rozpoczęcia poważnych studjów muzycznych. Neefe, którego wpływy i zakres pracy na dworze elektorskim rozszerzają się znacznie, coraz częściej powierza Ludwikowi zastępstwo swoich czynności przy organach, a nawet na próbach w teatrze nadwornym. Już młodocianego adepta