Strona:Przybłęda Boży.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kojarzy się z dotkliwą reminiscencją trumny matczynej. Oczy się mrużą... tak ją tu wynosili... ale w dół — a teraz: pod górę.
Już są.
Boże wielki!
Gdzie? Dokąd? Z trumny robi się fortepian. Prawdziwy, ciemnozłoty jak z bronzu, nowiuteńki.
Od kogo? (Fortepian...!)
Pan jeden młody kupił, a mówił, że od księcia elektora... Dla nadwornego muzykanta pana Ludwika van Beethovena... Hrabiowski miał na palcu herb...
Odchodzą.
Stare, żółte, kochane pudło dziada Ludwika w dalszy poszło kąt — nowiuteńki łaskawca rozpanoszył się aż miło. — — —
Waldstein!
Ten złoty łotr fortepian mi przysłał!! —
A gdy się go spotkało:
— Słuchaj! Skąd to?
Miesza się tak wyraźnie, że już wiem.
— Co? Fortepian? Nic... nie wiem. Nie ściskaj mnie tak!
I odchodzę zbolały, szczęśliwy, zły. I pędzę do nowiutkiego tronu mego.
Jak tu się gniewać na tego Ferdynanda?
Czy te dziwne ostatnie łaski elektora, te nieprzewidziane gratyfikacje, te honorarja dodatkowe — czy to... czy to...?
Takiż miałby to być łgarz wierutny?
Tego samego wieczora, gdy ojciec w szynku był, na nieskalanej, anielskiej drabinie Jakóbowej przeczystych klawiszów przez dobre dwie godziny wyczyniałem tak dzikie szaleństwa, że mi się zbiegowisko pod oknami zleciało i byłem potem zły sam na siebie.
Smutna pani na pewnoby się gniewała, te znowu jestem narowisty.