Strona:Przybłęda Boży.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozmyślam nad nieprzejrzanemi obszarami, które nazwy nie mają żadnej, a tylko dla naszych uszu i naszych pojęć noszą nazwę złożoną z dziewięciu głosek jego imienia, i lęk przeze mnie idzie jak dreszcz.
Pniemy się z mozołem pod górę. Każdy krok jest chwiejny, a lada kamyk wytrąca nas z tej drobiny równowagi. Wchodzimy w pierzyniastą gęstwę chmury, która jest jak świat i szczyty przesłania. Czujemy jej mokry oddech na rękach i w nozdrzach, smak jej mamy na języku. Otuliła nas, i widzialny świat skurczył się nam do wymiaru wyciągniętego ramienia. Idziemy wyżej, kierując się tętnem krwi, blademi głosami tych, co wyszli wcześniej, i rozumem, który nas teraz opuszcza zupełnie.
Cóż on nam powie? Co nam pomoże, jeśli w tak jedynej chwili odezwie się przemądrzale, że ta góra nazywa się tak, a owa chmura ma owakie składniki! Cóż to wszystko, gdy za nami cicho rośnie przepaść? Co to znaczy, kiedy potrącony kamień gruchnie o skały echem kilkakrotnem, w słabnących dudnieniach zamrze, ale tam leci dalej, prędzej, bez końca i zawsze? Cóż my wiemy o ukrytych w tej chmurze gniazdach gromów, na które natknąć się nagle możemy w cztery oczy, a cofnąć się niema jak, ni dokąd... I po pierwszych buńczucznie zdobytych turniach, jakie my pojęcie mamy o dalszych, dziesiątych i setnych, ile ich jest w przestrzeni i czy w ich sferze jeszcze się oddycha.
Naszą własnością są tylko sprzeczności, rozterki, walki skłóconych sił, krzyki dążenia i przekleństwa