Strona:Przemysły.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na wątłe bary wtłacza tęgi wór ciężarów,
Pod stopami otwiera nagle ciemny parów,
I w przepaść próżną spycha, lub z uśmiechem dziecka
Znienacka cię urzeka siła dnia zdradziecka!
Znów deszczem siepie w oczy, albo wiatrem parzy, — —
Jak na morzu burzliwem garstkę marynarzy,
Gdy czoła rozpalone powiew smutku chłodzi,
Bezwylądnie przepędza w obciążonej łodzi, — —
Tak myśl twą w krętych wirach tłumi huk i zamęt
I w szumie piennym cichnie wołanie i lament...

Już pod pełnią słoneczną wypukłe południe
Praży blaskami bitwę, prowadzoną żmudnie,
Gdy kilofem górnika rąbiesz w odłam skalny,
Który stygnie i spada — czas nieodwracalny,
Albo nożem rozcinasz ciężkich godzin gęstwę, —
Ach, ile sił potrzeba, żeby serce męstwem
I dzień uśmiechem nalać, jak winem łez czystych,
I w końcu zamknąć klamrą, niby rymem dystych,
Pod wieczór dobrotliwy, kiedy serce wierzy!...
O, ciche niebo w oczach! ostatnia wieczerzy!...

Przez bandaże obłoków, które zwilża rosa,
Gwiazd gwoździami pokłute, krwią broczą niebiosa,
Dzień w samo słońce ranny stacza się i spada,
Zamroczona wygląda księżyca twarz blada,