Strona:Pro Arte r5z2.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czony dzienną pracą, niby śni, niby marzy — jak łódź powierzona wodom przez wioślarza, co znużony opuścił już ręce.
Na dworze huczał wiatr, siepiąc okna śnieżną zamiecią, zdala — od lasów i pól dolatywało zagłuszone wichurą wycie wilków. Tu — było ciepło, duszno. Doskonałą ciemność wnętrza rozświetlał tylko słaby żar niedogarków, które Makryna zostawiła po brzegach czeluści; poprzez szpary między zatułą a krajami otworu przeświecały rubinowe oczy węgli, przykuwając wzrok... Inżynier wpatrywał się w dogasającą czerwień i drzemał. Czas dłużył się okropnie. Co chwila otwierał ociężale powieki i przemagając senność, wlepiał źrenice w błędne ogniki czeluści. W myśli bezładnie mieniały się postacie jurnego starca i Makryny, prawem powinowactwa psychicznego zlewając się w jakąś dziwną jedność, w jakiś chimeryczny stop, dokonany na tle wspólnej im lubieży; snuły się bezładnie w oczywistem, choć nieuzasadnionem zestawieniu, ich słowa, dziwne zwroty, kolejne naprzemian występywanie; wysuwały się z przykrytych komyszy już przed tem wylęgłe pytania, teraz niedołężnie domagające się wyjaśnień. Wszystko wałęsało się leniwie, zaczepiało w drodze, trącało bezwładne, senliwe a śmieszne...
Jakaś duszność ogromna, wnętliwa brała w posiadanie mózg, panoszyła się w gardle, piersi, jakaś mącąca zmora wkradała się cichaczem, niepostrzeżenie, nieunikniona... Wyciągnięta odruchem ręka chciała wstrzymać wroga, lecz spętana opadła z powrotem. Nadeszła ciemność bezwładu...
W jakiejś porze nocy Ożarski jakby ocknął się. Przetarł leniwo oczy, podniósł ciężką głowę i zaczął nadsłuchiwać. Zdawało mu się, że słyszy szmer w okolicy pieca. Istotnie, po chwili doszło go stamtąd wyraźne szemranie, jakgdyby obsuwających się z komina sadz. Wytężył wzrok, lecz absolutna ciemność nie pozwoliła zbadać przyczyny.
Wtem przez zamarzłe szyby wdarła się do wnętrza smuga księżyca i przerznąwszy jasnym pasem środek izby, przypadła zieloną plamą pod kuchnię.
Inżynier instyktownie skierował oczy wgórę, w kierunku pieca, i zdumiony — ujrzał zwisającą z otworu kapy nad płytą kuchenną parę nagich, nerwistych łydek. Ożarski nie zmieniając pozycji, z zapartym tchem czekał. Tymczasem zwolna, wśród nieustającego szmeru osypującej się sadzy, wysunęły się kolejno z dymnicy potężne golenie, lędźwie szerokie, żylaste, podbrzusze kobiece o silnych, rozłogich linjach — w końcu jednym skokiem cała postać wyłoniła się z otworu i opuściła na podłogę. Przed Ożarskim o parę kroków słała w blaskach księżyca olbrzymia, potworna baba...
Była zupełnie naga, z rozpuszczonymi siwymi kudłami, które spadały jej poniżej ramion. Chociaż, wnosząc z barwy włosów, wyglądała na kobietę starą, ciało zachowało dziwną jędrność i gibkość. Inżynier jak przykuty błądził oczyma po tych dużych, zwartych, jak u dziewczyny, piersiach, po biodrach mocnych i jędrnych, po sprężystych udach. Wiedźma jakby pragnąc, by się jej lepiej przypatrzył, stała długi czas w strugach miesięcznego światła bez ruchu. Po chwili bez słowa postąpiła parę kroków ku łóżku i zatrzymała się w środku izby. Teraz mógł dokładnie spojrzeć jej w dotąd półmrokiem nocy zakrytą twarz. Spotkał się z płomiennem wejrzeniem dużych, czarnych oczu, dziwnie świecących w okolu pomarszczonych powiek. Lecz najbardziej zdumiał go wyraz twarzy. To oblicze stare, przeorane siecią fałd i zagłębień, jakby dwoiło się. Ożarski wyczuł w niem fizjognomje skądś sobie znane, lecz narazie wypadłe z pamięci. Nagle, uświadomiwszy sobie, gdzie leży, rozwiązał zawiły enigmat: czarownica patrzyła nań podwójną twarzą — gospodarza i Makryny. Wstrętne brodawki, rozrzucone po całej jej powierzchni, nos krogulczy, demoniczne oczy i wiek — należały do lubieżnego starca; płeć jej natomiast bezsprzecznie kobieca, biała blizna od połowy czoła przez brew i specjalne znamię na prawem wymieniu — zdradzały Makrynę.
Oszołomiony odkryciem, nie spuszczał oka z magnetyzujących go oczu wiedźmy.