Strona:Poznań ostoją myśli polskiej.pdf/81

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    79

    człowieka“, którego w natchnionem jasnowidzeniu Mickiewicz ujrzał, stać na to garść budowniczych, onych „trzystu“, o których z taką przedziwną pięknością Nehemiasz pisze.


    Dostojny i ofiarny zastęp „wolnych ludzi“, „żołnierzy-budowniczych“, świadomych tradycyi „cudu“ zaskoczyło na walnem zebraniu „Ostoi“ zdumiewająco-naiwne, nieskończenie śmieszne w swej bezradności pytanie: „Kto „Ostoję“ upoważnił do tej akcyi?“
    Oczom nie chciałem wierzyć, gdym czytał sprawozdanie z tego walnego zebrania — a potem wybuchnąłem serdecznym śmiechem.
    Kto upoważniał?! Polska, Polska, którą w duszy swej i sercu każdy istotny, „wolny“ Polak nosi — „Europa“, którą każdy żołnierz Polak w sobie odnalazł — ten ogrom świata w nim samym, którą kochające dziecko swoją świętą matkę zadziwić pragnie — to upoważniło grono ludzi-założycieli „Ostoi“ do tej akcyi „samozwańczej.“ Na ten święty nakaz nie trzeba, ani się nie godzi szukać pozwolenia, by go wykonać.
    I ten sam święty nakaz upoważnił mnie, Przybyszewskiego, na wpół banitę, „poète maudit“, z którym „społeczeństwo“ nie potrzebowało się liczyć, bo mu się nigdy żadnymi objawami „patryotycznej akcyi“ nie narzucał, do napisania tej książki: jestem przygotowany na tysiąc i jeden jadowitych przypuszczeń i domysłów, co tą moją książkę spowodować mogło — miłość moja do mych kosztownych snów posiada tą odwagę, o której Mickiewicz pisze, że nawet lwie serce Polaka i Francuza przed nią tchórzy: odwagę okrycia się śmiesznością.
    I mam tą odwagę, że mógłbym być narażony na najprzykrzejsze inwektywy:
    Gdym właśnie nauczył się czytać, w głęboką zadumę wprawiła mnie opowieść o jakimś jałmużniku, który wstąpił do bogatego pałacu i zbliżył się do stolika graczy z swoją skarbonką — a zbierał-ci on na dom sierot.