Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Obyś nie znała owych łez wewnętrznych,
Co serce krwawią niby furyj szpony:
Obyś nie znała nocy bezmiesięcznych,
Co nad mogiłą naszych rojeń wdzięcznych,
Brzmią nam jak głuchych rozczarowań dzwony.

Ach, tyle cierpień na tej biednej ziemi,
Od których serca boleją szlachetne,
Że nieraz w ogrom ich patrzymy niemi
I tak się przy nich czujem bezsilnemi,
Że łzy ronimy — łzy w czyny bezdzietne...

O, nie płacz, dziewczę, — taką łzą bezsilną,
Bo po nad pieśni — nad łzy — nad marzenia
Wyższą potęgą — i bardziej niemylną
Potęga serca, co swą pracą pilną
Łzawe pragnienia nasze w czyny zmienia.

Ach, tyle pracy jest dla naszej głowy,
Ach, tyle pracy dla serca i dłoni,
Że żyć nie godzien, kto błahe łzy roni
I nie dostrzega, jak świt błyska nowy
Promiennem jutrem z tej dziejowej toni.

Nie, nam nie wolno nadziei utracać,
Nie wolno padać we łzach samolubnych,
Nam trzeba winy dawnych wieków spłacać,
Nam trzeba glebę przyszłych dni zbogacać
I rzucić puchy melancholij zgubnych.

Pragnienie życia ma uśmiech na czole,
Pragnienie szczęścia idzie w świat z pogodą;