Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I w której nieskończona dzwoni pieśń żywota,
Iż naraz ta zbudzona do życia istota
Zadrżała w swojem łonie nieskończonym dreszczem
Nieurodzonych ludzi, których czuciem wieszczem
Od świtu po ludzkości dobę ostateczną
Rodziła już i piersią swą karmiła mleczną.
Ażeby była światłem słonecznych promieni,
Tęczą, co się na niebie barw tysiącem mieni;
Ażeby była jutrzni różanych piastunką,
Aby była pogody i maja zwiastunką;
Wcieleniem słońca blasków ciepłych i promiennych.
Wcieleniem pieśni życia i ranków wiosennych.

Owa zasię, będąca treści bogów echem,
Córa słońc — spoglądała naokół z uśmiechem
I czując, jak jej serce treścią istot bije,
W objawieniu radosnem zawołała: Żyję!
Żyję — i żyją we mnie nieznane plemiona,
W których jam jest na wieki unieśmiertelniona.

Na okrzyk ten się zbudził śpiący głaz żywicy
I w podziwie się boskiej przyglądał dziewicy.
Jak jutrznia mu zabłysła ta pani udzielna
I rzekł jej: Jam śmiertelny — tyś jest nieśmiertelna!
I odtąd, gdy młodzieniec klęczy u nóg lubej,
Kazał bóg, że w te słowa przysięga swe śluby.