Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wielką naukę prawdy i miłości!
Spojrzałam wówczas na mego kochanka
I pytam: Ktoś ty, nieznany młodzieńcze?
A on mi na to: O, księżniczko cudna,
Apsaro biała, wybacz, żem ja dotknął
Warg twoich wonnych, bo jam jest zdeptany,
Bo jam jest paryas — wygnaniec przeklęty!
Tak się zakończył sen. O, ja nieszczęsna,
Ja pohańbiona księżniczka, co we śnie
Takie straszliwe dostrzegam widziadła!

I coraz głębiej idzie w bór dziewica.
A oto młodzian stoi w leśnym cieniu:
Szaty paryasa ma, posępne lica
I na królewnę spogląda w olśnieniu.
Oko mu płonie w miłości zapale,
Ale dziewica nie widzi go wcale
I spieszy w leśne pustelnicze dale.
A młodzian mówi do siebie tak:

To ona — ona, którą ja widziałem
Potylokrotnie w tem i tamtem życiu.
Dawno już temu — dwa tysiące temu
Lat — jam był orłem, a ona orlicą
I między nami była miłość wielka.
Tysiąc lat temu jam był lwem z pustyni,
A ona lwicą o gorącem łonie:
Pamiętam jeszcze nasze zaślubiny
I te potężne ryki, wstrząsające
Naturą całą śród uścisków naszych.
Bo tak prowadzą zawsze los bogowie,
Że owe dusze, które się kochały,