Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na Cymbrach — na srebrnych śnieżystych wertepach,
Na Scytach — w zielonych i borach i stepach,
Na Thule, gdzie wulkan się pali —
Na fiordach — na śniegach — na Gotach — Norwegach —
On gwiazdę swą widzi z dddali.[1]

Ach, tylko z oddali ta gwiazda mu błyska,
Bo kiedy już w oczach zaświta mu zblizka,
Blednieje i znika i gaśnie —
I zawsze i wszędzie — zła dola mu przędzie —
Złudzenia i widma i baśnie!

Bo chociaż wciąż inną spotykał dziewicę —
Lecz zawsze go jedne czekały łzawnice...
Ach, imię ich, ród ich i plemię?
I cóż po imieniu? i cóż po plemieniu?
Dlaczegom zstępował na ziemię?

Bo, kiedy pierś moja, jak wulkan gorąca,
W rozrzewnień godzinie tęskniła do słońca,
Pieszczoty spragniona dziewiczej.
To usta milczały — a oczy gorzały —
A serce wzbierało w goryczy.

Więc nigdy nie spocznę? — więc nie masz na ziemi
Istoty, co ku mnie oczyma tkliwemi,
Jak siostra by dobra patrzała?
Umarła nadzieja — i czarna zawieja
Na nowo mą duszę porwała.

Gdzie ona? gdzie ona? O, mówcie mi, duchy,
Wy, którym wiadome tajemne sił ruchy —

  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — oddali