Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chociażbyś marł przez uczuć żar — nie bluźnij mocy ich —
Źeś miłość klął, nie ujdziesz kar — przeklętyś za ten grzéch:
Zejdziesz na ląd co siedem lat — miłości szukający
W złudzeniach wiecznych, póki świat — holendrze latający.

Tak bogi zabrzmiały w błękitach świetlanych
I zadrżał marynarz od słów niespodzianych
I mówił: umarłą mam duszę —
I pójdę w swę drogę — lecz kochać nie mogę,
Bo miłość ma jedno — katusze.

I tak się zamawiał, że kochać nie może
I lodem ironii promienie swe boże
Chciał gasić — i krwawił sam siebie —
I z dziką rozkoszą — na ciemność macoszą
Chciał słońce przemienić na niebie.

Zielone niw szlaki — i róże i maki —
I zorze i tęcze — motyle i ptaki —
I ludzkie pragnienia i żale
Naraz mu się mienią — ciemnością, jesienią —
I nic już nie kochał — nic — wcale!

Żeglarzu ty błędny, coś złożył sny w grobie,
Kłamałeś okrutnie, kłamałeś sam sobie,
Kłamałeś, że duch twój ze stali:
Bo nieugaszony i nienasycony
Miłości głód serce ci pali.

I odtąd wciąż błądzi po morza głębinie —
I odtąd, ach, odtąd, gdy siedem lat minie,