Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I nie wiem, jak bogom się zdało:
Zgasili-ż wesele, żem kochał za wiele,
Czy przeto, żem kochał za mało?

Bo oto mych uczuć gorące płomienie
W dziewczyny jedynej wpłynęły spojrzenie
I dziewczę mi stało się wszystkiem:
Naturą i światem — ptaszyną i kwiatem —
Jedynem śród zjawisk zjawiskiem.

I, rzekłbyś, straciłem swą duszę — swą własną
I wlałem swą istność w jej istność przejasną,
A dziwny był skutek tej zguby:
Żem lepszy, mocniejszy — żem czuł się piękniejszy
W kryształach spojrzenia mej lubej.

III.

Kręcą — kręcą się wrzeciona...
Śpiewaj pieśń swą — śpiewaj całą —
Cóż wędrowiec — mów — cóż ona?
Co się stało — co się stało?

Zaszumiał wiatr, zahuczał grom — jęknęła morska toń.
Żeglarzu, burzom wierz i mgłom, od oczu dziewic stroń.
Twój promień zgasł — na okręt siądź — przez wicher płyń szumiący —
Bez win, bez win przeklęty bądź, holendrze latający.

I pieśń się urwała — jak nić co się zrywa —
Jak serce, gdy pęka i we krwi swej pływa —
I ślepnie na życia promienie.
I prysła jak mara — miłości tej czara:
Złudzenie! złudzenie! złudzenie!