Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Posępny starzec, błędny duch w zadumie wiecznej trwa,
A purpurowych żagli ruch ogarnia sina mgła —
I patrzy w dal, w nieznaną dal — w promyczek gdzieś świecący,
I dalej błądzi pośród fal — holender latający.

Więc nigdy ciemności nie ustać wieczornej?
I nigdy, ach, nigdy głód zorzy upiorny
W mej duszy wyklętej nie zaśnie?...
Jam roił przystanie, gdzie kwitnie kochanie,
Lecz wiem dziś, że sen to i baśnie.

Bo są w mojem sercu miłości ogromy,
Lecz wróg niewidomy ją rozbił w atomy
I duch mój, w atomy rozbity,
Nie znajdzie przystani, lecz błądzi w otchłani
Przez wichry i mroki — w przedświty.

Miłością gorzało me całe jestestwo,
Kochałem! W miłości mi było królestwo —
W miłości mych uczuć ognisko;
I wszystko co znałem — to wszystko kochałem —
Co żyje, co cierpi — to wszystko!

Kochałem natury macierzy zielenie
I żywe stworzenie — i słońca promienie —
I bogi kochałem nieznane —
I ludzkie gromady, co w łez i krwi ślady
Malują swe progi świetlane.

I nieraz pijany miłości nektarem —
Z wszechbytem się w jedność zlewałem jak czarem