Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I ziemia cała nad sobą płakała,
Że już Edenem nie jest dla swych dzieci,
Które są cząstką jej wielkiego cała,
Że jeno złudzeń im gotuje sieci,
Że jeno postrach bytu w sercach nieci.
I było słychać w błękitach eteru,
Co łonu ziemi promieniami świeci —
Jakoweś echa pełne westchnień szmeru,
Że wirują żywioły bez miłości steru. —

I, rzekłbyś, dusza ogromna przyrody,
Własną niedolą i własnemi winy,
Społeczne dusze — i całe narody
I pojedynczych dusz ciemne głębiny
Rzuciła w jakieś samodręczeń młyny,
Co mełły bólu niezliczone ziarna,
A w onych bólach świtał brzask jedyny,
Że, chociaż ziemia tak strapieniem czarna,
Z tych zapatrzeń się zrodzi dusza planetarna.

Zmęczone dusze znajdą odpocznienie —
I, gdy już własna jaźń będzie im znaną,
Znajdą balsamy — i znajdą promienie
I w łono własne poglądać przestaną...
I rozmodlone zegnie się kolano,
Jak gdyby dusza pragnęła zbratania
Z każdą istotą w łzach ukrzyżowaną
I chciała zdjąć ją z łez ukrzyżowania —
I dać jej kwiat spokoju i kwiat miłowania.

Wszystkie się dusze zleją niby fale
W jedną ogromną planetarną duszę —