Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Śród wiecznej wiosny i śród zorzy wiecznej
Lazury — niebu, a ziemi dać zieleń,
A oczom łzą zalanym słońce rozweseleń.

I oto w końcu jak płaczka pokutna
Padła — w tęsknocie po umarłem niebie —
I, w pogrzebowe przyodziana płótna,
Krwawiła siebie, biczowała siebie —
I była w dziwnych chaosów Erebie
I stała drżąca, jak na gołoledzi —
W każdy jej atom — na złudzeń pogrzebie —
Wnikał albowiem tenże duch manfredzi,
Co szuka drogi wyjścia w strasznych walk Spowiedzi.

I w tym niemocy własnej paraliżu,
Co próżno duchom palić chce latarnie,
Czuła się jakby przybitą na krzyżu,
Kędy ją własne rozpięły męczarnie —
I patrzy w dale — a oto się garnie
Narodów ludzkich ciżba niezliczona
I smutno błądzi — i duma cmentarnie
I patrzy w tajnie głębi swego łona:
Oto się spowiadają ludy i plemiona!

I przeszłe wieki — i przeszłe ich czyny —
I wszystka dusza ich dzisiejszej doby
Stanie im w oczach, i oto swe winy
Wyznają w sobie — i piętnem żałoby
Znaczą te chwile, co krwawiły globy
Wojną i krzywdą... I płakały ludy,
Znieruchomione jako posąg Nioby,
Zda się, czekając na nieznane cudy,
Coby im oczyściły pierś, splamioną wprzódy.