Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Krew wyssała, dech wykradła,
Łzy wygryzła, moc złamała,
I znikała i śpiewała.
Udręczeniem i pieszczotą
Uwieczniła marę złotą:
Ogniem swoich pocałowań,
Wonią swoich oczarowań,
W piersi wlała mu niesyty,
Głód latania na błękity.
I widziadło-niewidziadło
Żmiją w łono mu zapadło,
I żałości wieczne budzi,
I nadzieją wieczną łudzi,
A wyleci — ptaszkiem małym,
A wyleci — kwiatkiem białym,
Cichą piosnką mu zadzwoni:
Nic go, nic go nie uchroni!
Tak go pieści pieśń zaklęta,
Że męczarni nie pamięta.
Tylko jedno mu pamiętne
Słowo straszne i namiętne:
Choćby błądził w dzień i w nocy,
I wypatrzył jasne oczy,
Moją będziesz, jak sądzono,
Moją będziesz, dziwożono!

Gwiazdką stała się na niebie,
Świecić ludziom chce w potrzebie.
Zaświeciła, zajaśniała,
I zdaleka zaśpiewała:
Nie dosięgniesz mnie na niebie,
Złota gwiazdka nie dla ciebie.