Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


VI.


A kiedy tak mówił młodzieniec, zdało się Artemidzie, czego ów nie widział, że bogini jutra — Godzina — zabłysła w całej pełni swych blasków promienistych. Na białem jej czole jaśniała taka pogoda czarowna, jakaby jaśniała na czole Syzyfa, gdyby już kamień na szczycie góry zatrzymał; a cała jej istota, dotąd pulsująca gwałtownie i jakby z wytężeniem wszystkiej swej mocy, naraz się uspokoiła jak dzień wiosenny po długich deszczach marcowych; w dłoni jej była gałęź oliwna, a na jej ustach promieniał uśmiech nieznanego bóstwa — Wesela.
I mówiła Artemis:
— O, jakże piękną jesteś, siostro moja! Ja wierzę w ciebie, Godzino! wierzę, jak w najwyższy przymiot Boga, który się ludzkości w coraz innej objawia postaci. Pokaż mi, siostro, źródło życia — i prawdę — i tęczę... Na jedną chwilę błyśnij ludziom — ukaż się, choćby nie w całym blasku, iskrą tylko — światełkiem — gwiazdką im zaświeć żywszą — aby się mogło narodzić choćby proroctwo twojego kształtu.
God. Uczynię to. Ale pamiętaj, jakie stąd będą wyniki. Chaos najwyższy — wstrząśnienie ogromne ciał i dusz człowieczych. (Błyska).
Naraz na siedmiu wieżach siedmiu świątyń — uderzyli we dzwony zapatrzeni w Nieskończoność czatownicy — i spiżowym jękiem zahuczały dzwony i brzmiały