Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Widziała na niej Jutra sen proroczy,
Sumienia ludzkie w istotnej postaci,
Zda się przez szyby o tafli przezroczej

Skroś przenikając... I ludzi swych braci
Płakała — widząc mroki ich sumienia,
Jak żyli błędów hańbą trędowaci,

Choć łask im tylą krzyż się opromienia.
I oto myśli wzruszyły ją dziwne
I gorzko płacze ludzkiego plemienia,

Że samo dobro nie jest mu pożywne;
Złego nie czyni, bo się piekła trwoży,
Lub marzy w niebie te gaje oliwne,

Kędy zapłatę weźmie z ręki bożej:
I w tej nadziei jego cnoty droga,
W tym strachu — puklerz od życia bezdroży.

I, gdyby nie ta nadzieja i trwoga,
Nie owo piekło i niebieskie szranki:
Cnoty-by człowiek odbieżał i Boga.

Dzikiej rozkoszy jeno rwał-by wianki
I bez bojaźni spełniał-by złe czyny;
Zwierzęciu równy, pił-by z każdej szklanki.

I łzy stanęły w oczach Katarzyny,
Bo chce w człowieku taką miłość cnoty
Mieć, by, nie bacząc na owe krainy

Piekła i niebios, był jak anioł złoty
I dobro czynił dla dobra — i grzechu
Strzegł się dla grzechu. Lecz słabe istoty

Wciąż o tych rajów marzyły uśmiechu
I ciągle drżały na piekielny strumień,
Mając ich widmo w każdym swym oddechu.