Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To nie przeto, że serca zastygły mi bicia,
Nie przeto, że omdlały mego ducha siły,
Lecz, żem życie zbyt kochał, aby pragnąć życia!

Może znajdę na ziemi jaką duszę bratnią,
Co przeczyta i pojmie tę mą pieśń ostatnią,
I, chociaż rozpacz moja czoło jej zasępi —
Żałować może będzie, lecz mię nie potępi!

...Oto kropla nicestwa! Niech mą pierś wyschniętą
Orzeźwi — i na wieczne prowadzi mię święto!
A może spłynie z nieba jaki chór aniołów,
Aby mi jak Faustowi z rąk wytrącić czarę?
Ale ja tu zdaleka jestem od kościołów
I wokół widzę tylko ściany domów szare!
Jaka tu w koło cisza! Jaka tu martwota!
Jaka mgła monotonna! Jak tu mdleją siły!
Jak tu się próżno dusza niespokojna miota!...

Życia! Nieskończoności przestworza! Mogiły!

Mogiły! Może na niej kwiat jaki wyrośnie,
Który z duszy mej przejmie to, co w jej rozkwicie
Kochało — i na ziemię patrzało radośnie
I na mogile mojej stworzy nowe życie!

Bo choć do grobu idę, wiem, że jestem żywy,
I może stokroć żywszy, niż te moje sędzie,
Którzy obłudnie rzucą wzrok swój litościwy
W mego trupa, by szukać w nim błędu po błędzie!
I łzami się zaleją, niby krokodyle,
I z sentymalizmem powiedzą kłamanym:
— Oto, patrzcie! tak młody, a już legł w mogile,
A tak piękną miał przyszłość! Lecz był zmarnowanym.
Błądził dużo — nie umiał z ludźmi żyć — był dziki —
Nie giął karku — był hardy, krnąbrny. Jednem słowem