Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Znów? — Czyż nigdy? — O! dawno, jak codzienni goście,
Bywaliśmy w tem miejscu... Ach, każda rezeda
Znała nas. Ptaki nam swe śpiewały miłoście —
I roiłem, że sen ów zmienić się już nie da.
Minął sen, lecz tu żyje w zefiry, w promienie —
W zapach kwiatów zaklęty i w piosenki ptasie...
O, znów powstają widma moje, moje cienie!
Widzę ją — widzę znowu — w całej dawnej krasie!

Malowane kolorem jakichś mgieł błękitnych
Cienie owe, tem żywsze im bardziej umarły,
Które chciał-bym uchwycić — i z tych nieuchwytnych
Form — odtworzyć godziny, co się w nicość starły...
Te mgły — te widma senne ścigają mnie wiecznie —
I dręczą bezcieleśnie — przenikliwiej, krwawiej,
Niż twarda rzeczywistość! Ach, cierpię serdecznie,
Choć razem cienie owe duch mój błogosławi!

A bywają czasami ciepłe dni wiosenne,
Gdy jej cień — zda się w całem mieście jest rozlany —
Na ziemi i w powietrzu — jak widziadło senne
Krąży w wszystkich żywiołów treść zaczarowany.
I wtedy w każdym świeżym powiewie wietrzyka,
W każdym słońca promieniu i przechodniów słowie —
Ona jest — ona żyje — ona mię przenika —
I widzę ją — i czuję — — — ból w sercu i głowie!
I czuję pocałunki jakieś napowietrzne,
I szepty o miłości pieszczą moje uszy...
Czuję rąk niewidzialnych dotknięcia serdeczne
I wszędzie szukam cząstek mej rospierzchłej duszy.