Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I błądzę — błądzę dalej bez tej cząstki duszy,
Co wsiąkła tam w mansardy puste — nagie ściany.
I czuję, jak się zwolna cały duch mój kruszy —
Rozrzucony po świecie...

Ach, oto kasztany!
Oto moje kasztany — wchodzę w mą ałeję,
Myśląc, jakie mam twardej pracy przeznaczenie,
Gdy naraz mi w gęstwinie coś tam majaczeje —
Dwie postaci znajome — dwa duchy — dwa cienie —
Ona i ja... I czuję pieszczotliwe dłonie,
Co w dłoni mej spoczęły... I zapach jej włosów,
I widzę stal jej oczu... Czuję puls jej dłoni —
I słyszę tajemniczą rozmowę dwóch głosów.
Zlewam się z moim cieniem — jesteśmy szczęśliwi:
Niewiem kto istność bierze, kto swą istność traci?...
...Tylu ludzi tu błądzi, a nikt się nie dziwi,
Że jestem, niby jeden, w podwójnej postaci!
Ach! musiałem się zmienić niepodobny wcale
Do tego, co tam stoi — do mojego cienia!...
...Bo on jest moim duchem, co popłynął w dale
Szczęśliwości wieczystej. Mój — jest dział cierpienia!...

Idźmy stąd! Gdzieś w samotną ulicę — daleko —
Gdzie nie spotkam tych cieni — gdzie mi krew nie wzbierze...
Spokoju — chcę spokoju! Jest ogród za rzeką —
Pójdę tam! I zbłądziłem — i jestem na skwerze...
Cichy skwer. Tu akacye wysmukłej kibici
Kołyszą swoje wieńce łagodnej zieleni —
Tu szemrzą w wiatru szumie traw soczyste nici —
Tu floksy!... Na Bóg żywy — znów dwoje tych cieni!