Strona:Poezye T. 2.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XXXV.

Mów do mnie jeszcze... Za taką rozmową
Tęskniłem lata... Każde twoje słowo
Słodkie w mem sercu wywołuje dreszcze — —
Mów do mnie jeszcze...

Mów do mnie jeszcze... Ludzie nas nie słyszą,
Słowa twe dziwnie poją i kołyszą,
Jak kwiatem, każdem słowem twem się pieszczę —
Mów do mnie jeszcze...

XXXVI.

Widzę ją — — idzie z słoneczną pogodą
W anielskiej twarzy,
Idzie wieczorem gdzieś nad senną wodą
I cicho marzy...

Marzy, że swojem kochaniem ocali
Kogoś, co gnie się...
Ah! Coraz dalej idzie, coraz dalej,
Ginie w bezkresie...

XXXVII.

Ze wzgardą patrzę na to nędzne życie,
Gdzie błoto bryzga aż na samą skroń,
Gdzie się oddycha gnijącem powietrzem
I musząc ująć, z wstrętem cofa dłoń.