Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/663

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wieki! wieki nieszczęsne! grody, co się wznoszą,
I ty, ziemio, zmazana bezecną rozkoszą,
I wy, wielkie, głębokie nurty oceanu, —
Wszyscyście jednym grzechem przewinili Panu.

Nieczyste gody królów, nieoględnych na nic,
Pokalały królestwa od granic do granic;
A lud mniemał w występnej ślepoty godzinie,
Że zbrodnia w oczach słońca bezkarnie ominie.

Hańba przyszłemu światu! Niecnych ogniów siła
Wszędzie zżarła niewinność, wszystko poplamiła,
I świat piętno skażenia na czole umieścił,
I niewinną przyrodę zbrodniami zbezcześcił.

Myśmy budowę ziemi podkopali z laty,
Skazaliśmy ją na śmierć, jak godną zatraty.
Gdzie miasta? gdzie kolosów marmurowych szczyty?
Gdzie są baszty olbrzymie? gdzie mur niezdobyty?

Tutaj daliśmy siebie na rozkosz wyklętą,
Tuśmy w tańcu rozpustnym pląsali we święto.
Dziś po naszych ulicach pluska delfin chyba,
W naszych wielkich pałacach — nory wieloryba.

Na kolumnach — gadzina wije się jak wstęga,
Na łożach — jakiś morski potwór się wylęga,
Woda nasze porwała szaty z złotogłowu,
Perły morskie do morza popłynęły znowu.

Starych czasów i kunsztów pamięć znakomita,
Na marmurze wykuta i rylcem wyryta,
I pomniki ojcowskie, napisy ze złota
Woda wściekła obrywa, zwala i gruchota.

Wszędzie, wszędzie pustkowia i zniszczenia ślady,
Wszystko zrównano z ziemią, jak biczem zagłady;
Niema i chwały Bożej — cały świat wyrodny
Ogołocon ze świątyń, bo nie był ich godny.