Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/650

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Ha ileż to łomów i gruzów po Turku!
Co trupich się kości rozsiewa!
Co pustych pancerzów na dzikim pagórku!
Co trzasek żelaza i drzewa!

Pamiętam, pamiętam turecką niewolę,
(Jam wtedy dziecinne miał lata):
Od złota, od miedzi błyszczało się pole,
Gdy tędy przechodził Sarmata.

Ej, bitwęż widziałem na dackiej tu błoni!
Już druga się zręczność nie poda;
O, było co widzieć! co koni, co broni!
Rycerstwo płynęło, jak woda!

Zagrano na kotłach, podbiegły pogany,
Rycerze mieczami ich sieką;
A potem zagrzmiało — dym buchnął siarczany,
I ogień poleciał daleko!

Rozbiegły się pędem i zwarły się razem
Proporców i mężów dwa roje;
Grom z gromem, żelazo starło się z żelazem,
I zbroja stuknęła o zbroję.

Nie z takim zapędem gra burza szalona,
Nie warczą tak grady i deszcze,
I sosna alpejska, od wichrów tłuczona,
Nie z takiem jęczeniem szeleszczę.

Nie tak się gwałtownie Akwilon wydyma, —
Tu dzieła mądrości, tu prace,
Tu dzielność, tu wściekłość, tu gniewu już niema,
Lecz sława do serca kołace.

I długo fortuna na skrzydłach się waha,
Nie dając zwycięstwa oklasku.
Tu rota Polaków, na oko tak błaha,
Tu pułków tureckich, jak piasku,