Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/546

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O dolo moja! wzywam cię nieśmiele,
dolo moja! wyratuj mię z matni!
Słodkie są miody, lecz ich tu za wiele,
Kleją mi usta i oddech ostatni!
Tu samo płynie, za usta się bierze,
Nie trzeba zgoła trudzić się rękoma;
Tutaj mój obiad, tu moje wieczerze,
Już mi, niestety, nie wieczerzać doma!
Złodziej się dowie, że gospodarz w kniei,
Do mojej chaty wnijdzie pokryjomu,
Ja tutaj w sidłach — któż pojma złodziei?
Już mi, niestety, nie wrócić do domu!
Nie śmiem się spodziać, lecz jeśli z tych jarzem
Raczysz mię wyrwać, Miłosierny Panie,
Ślubuję złożyć przed Twoim ołtarzem
Dary bogate, na jakie mię stanie:
Ślubuję przynieść woskową gromnicę,
Grubszą i większą, niż ten dąb na trawie,
I tysiąc kadzi miodowych nasycę,
I na tem miejscu świątynię postawię!
Jedno się sądy uśmiechnęły Boże
Z kłamliwych ślubów w ocaleniu zdrowia.
Oto... coś ciemno w dębowym otworze,
I ryk straszliwy drgnął echem pustkowia;
Człowiek oniemiał, we dwoje się skula,
Bo zwierz kudłaty wpełza do zacisza;
Niedźwiedź, przywykły wkradać się do ula,
Przyszedł, nie sądząc znaleźć towarzysza.
Wyciąga szyję po plastr upatrzony,
Jako zwykł czynić borowy bandyta;
W złamanym wosku zatapia swe szpony,
Gdy człek znienacka za łapę go chwyta.
Cofa się z ciemna, przerażony srodze,
A Rusin, widząc, że mu szczęście płuży,
Krzepko uczepion na kudłatej nodze,
Pomknął się w górę z gleistej kałuży;
Człek łapę zwierza schwycił jak żelazem,