Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/545

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wnet uzamożnił mury swego miasta.
Zgłodniały niedźwiedź dopatrzył zdobyczy
I w starych plastrach pożywiał się dosyć;
Wkradał się często w otwór tajemniczy,
Głód go nauczył przeciwności znosić.
Nic mu sękata gałąź nad otworem,
Nic, że od żądeł paszczęka opuchnie.
Tymczasem Rusin, wędrujący borem,
Obaczył pszczoły, że lęgną się w próchnie.
Niełacny przystęp, lecz warto zachodu
Drzeć się przez chrósty i widłate sęki.
Włazi na drzewo, widzi pełno miodu,
Ale nie sposób ująć go do ręki.
Więc myśli w duchu: Wnijdę do czeluści,
Tu mi nie będzie głębiej, jak po ramię!
I w środek dębu odważnie się spuści,
Ciężarem woski ugniata i łamie.
Ale niestety! to zamiar niewczesny,
Pierś dębu była próżna aż do ziemi:
Ugrzęza w miodzie, jako ptaszek leśny,
Schwytan na lepie sidły ptaszniczemi.
Jak owad w smole, tak Rusin w patoce,
Tem głębiej grzęźnie, im w górę się bierze;
Więc się szlochaniem rozwodzi szeroce,
I wzywa Boga, i mówi pacierze:
— Jak się wydostać z tej dębowej ściany,
Gdzie się nie ruszyć ni ręką, ni nogą?
Jak skruszyć żółte woskowe kajdany?
Zbawiłby powróz — tu niemasz nikogo!
Nikt mię powrozem w górę nie wywierci,
Tu mię zamorzy miodowa niewola.
Lecz mniejsza umrzeć, ale czekać śmierci
W słodkiem bagnisku! biednaż moja dola!
Widzieć za życia, że już po pogrzebie,
Na śmierć powolną patrzeć licem w lice...
Jeśli jest jakie miłosierdzie w Niebie,
Wybaw mię, Boże, z miodnej grzęzawice!