Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/542

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ktoś nieprzyjazny — Szatan mu na imię —
Styksowym jadem chciał zatruć nam zmysły:
Wynalazł napój, wywarzony w dymie
I w czarnej sadzy gorzelnej wytrysły.
Skażone przezeń usta pijanicy
Zabójczy oddech wyziewają zdala;
Ktoś bierze dochód, a wieśniacy dzicy
Piją, choć cierpią, choć pierś się przepala.
Pijąc, przeklina truciznę paloną,
A traci na nią wszystko do szeląga;
A choć gorączka przejada mu łono,
Na nowo rękę do czary wyciąga.
Gdy czadna para w mózgu się zakręci,
Trucizna członki ogarnia co chwila,
Wtedy opilec pragnie tem goręcej
I pożądliwiej kielichy wychyla.
Wnet się zawściekla, w oczach mu się dwoi,
Kłamliwa kraska na twarzy zakwitnie,
Wola samopas bezrozumnie broi,
Na czole bezwstyd osiada dobitnie.
Krzyk zamiast mowy i przeklęctwa krocie,
Gniew zamiast słowa i pochop do wojny,
Zamiast wesołych gwarów przy ochocie,
Żart obelżywy, lub śmiech nieprzystojny.
Szatan się cieszy, że zdołał bezwładnie
Zakować rozum i uwikłać w pęta.
Jeniec upada, na ziemię się kładnie,
Istoty ludzkie leżą jak zwierzęta.
O! żaden napój, ani żadna praca,
Tyle ni ogni, ni waśni na świecie!
Tak słabną siły, dzielność się utraca,
I marnie idą najpiękniejsze lecie.


XXIV.

Choć ruska ziemia nie ma winogradu,
Za to nam pszczoły miód obficie wloką;
Dość jeno zajrzeć do lasu lub sadu,