Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/533

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak wyprawiają skoki a igrzyska:
W tanku prawica z nożem wyciągnięta,
W swawolnym wirze żelazo połyska;
Nieraz swawolna młodzież się powaśni,
I wpośród tańca krew bryzga pod nożem.
Jeżeli wierzyć starożytnej baśni,
Jak Ikar leciał nad szerokiem morzem,
Wzniesiony sterem niedołężnych piórek,
Spadł i utonął w zdradliwym żywiole;
Tak, obyczajem swawolnych wiewiórek,
Z dębów na dęby czepia się pacholę,
I skacząc wierzchem cienistych konarów,
Nieraz rozbite upada przy drzewie.
Spytasz: skąd idzie ten niebaczny narów,
Co składa życie na wiatrów powiewie?


XVI.

Jest leśny ptaszek, nazwany kwiczołem,
Co w naszych ucztach ma rolę niemarną.
Ten, na gałęziach zasiadając społem,
Sam sobie sieje niefortunne ziarno.
Ziarnko nasienne za korę się wlepia,
Ssie cudze soki, karmi się do syta;
Potem, gdy głębiej swe włókna zaszczepia,
Gaj pasożytny na drzewie wykwita.
Zwie się jemioła — roślina kleista,
Z żółtą łodygą i jagódką bladą.
Wieśniak, z jej lepu i jagód korzysta,
Bo tam ugrzęza całe ptasząt stado.
Kiedy jemioła znęci skotopasa,
Z drzewa na drzewo skacze po mistrzowsku,
Czepia się, I chwyta, po gałęziach hasa,
Igrając z życiem, co wisi na włosku.
Nic się nie dziwię, że za ryże złoto
Człek w matki-ziemi wnętrzu zatopiony.
Rusin pogardza krotową robotą,