Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/537

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    A ja, spokojna na mej drodze cnoty,
    Śmiejąc się w duchu, przyjmuję zaloty.

    XXVI.

    Jednej Niedzieli szło gwarniej niż zawsze.
    Poczęło zmierzchać i nastało ciemno;
    Skrzypce głośniejsze, tańce były żwawsze,
    A młody strzelec wciąż tańcował ze mną;
    I w jego ręku trzymając me ręce,
    Wiodłam ochotę i tańce złowieszcze;
    W tańcu swawolę, wymykam się, kręcę,
    A tak chychocę, że jak nigdy jeszcze...
    Wtem, jak mi później ludzie powiadali,
    Wszedł do gospody podróżny z tłomokiem,
    Dokoła powiódł jakiemś dziwnem okiem,
    I w ciemnym kątku siadł sobie w oddali.
    Tak patrzał na nas godzinę, czy więcej;
    Już go poznali niektórzy sąsiedzi,
    A ja, swawoląc coraz to goręcej,
    Anim zważała, kto tam w kątku siedzi.
    Wtem dał się słyszeć łoskot na podłodze,
    Jakiś jęk głuchy przerwał skrzypiec tony;
    Przypadli ludzie przerażeni srodze...
    Podano ognia — to Szymon zemdlony!
    Czyż trzeba mówić, żem zbladła, krzyknęła?
    Że w serce moje uderzył grom Boży?...
    Całą szkaradę mej płochości dzieła
    W jednym momencie uczułam najsrożej...
    Ludzie podbiegli, po imieniu zową,
    Twarz mu skropili i podali wody.
    Szymon się ocknął, popatrzał grobowo,
    Jeszcze się zachwiał i wyszedł z gospody.
    Wybiegłam za nim. — Szymonie! Szymonie!
    Zlituj się! przebacz! powitaj mię z drogi! —
    Ale on spojrzał jakby duch złowrogi,
    I poszedł dalej — tu, ku lasu stronie.
    Ja go dopędzam, uklękłam na drodze;
    Lecz mię odepchnął rękoma drżącemi: