Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/531

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Potrzeba było grosza na wesele,
    Na zapowiedzi i na zaręczyny;
    Więc biedny Szymon, nie czekając wiele,
    Przystał na flisa do dwornej wiciny.
    Insi szli, pieśni śpiewając ochocze,
    A on był smutny, jak jodła na grobie...
    I ja nieszczęsna nie wierzyłam sobie,
    Jak też potrafię przeżyć to półrocze...
    Straszny był wieczór, gdyśmy się rozstali!
    Jego wspomnienie aż dotąd mię męczy —
    Gdyśmy słuchając szumu rzecznej fali,
    Wsparli się, milcząc, na mostu poręczy,
    I jakby jedną myślą ożywieni,
    Błądzili wzrokiem po Niebios przestrzeni...
    Ojcze Tarasie! choć żyłeś lat wiele,
    Takiego Nieba nie widziałeś może:
    Ciemne chmurzyska nad lasami ściele,
    Tłoczy wierzchołki czarnych jodeł w borze,
    Pokrywa mgłami i rzeczkę i błoto,
    I serce jakąś naciska tęsknotą;
    Z każdej mgły mara wysuwa się blada,
    Złowrogi przestrach jakby z deszczem pada.
    A tutaj boleść znęca się nad duszą,
    Że się potrzeba rozłączyć na dłużej;
    A takie Niebo niedobrze coś wróży,
    A tam na Niemnie głębiny być muszą,
    I pełno wiosek, pełno miast przy Niemnie,
    A tam dziewczęta piękniejsze ode mnie...
    Mówiłam pacierz do Aniołów Stróży,
    Wzjrwałam rzewnie ich opieki świętej,
    Aby go strzegli od fali, od burzy,
    A jego serce od jakiej ponęty...
    Szymon mi mówił: Bądź zdrowa! bądź zdrowa!
    Wrócę zdrów, wesół, przyspieszę wesele.
    Przeklęty będzie, kto przysiąg nie chowa!
    Półrocze czasu — och, jakże to wiele!
    Sercu kobiety wielu się spodoba...