Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/530

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Nim u twej matki o rękę poproszę,
    Nim przed ołtarze poprowadzę ciebie, —
    Powiedz mi szczerze, jak Pan Bóg na Niebie:
    Czy ty mię lubisz? — bo ja szczęście ziemi,
    Chwilki nie myśląc, w twoje ręce złożę;
    Ale ty, Marto, broń Boże! broń Boże!
    Twe płoche myśli puścisz za drugiemi!
    To wtenczas biada całej naszej doli:
    Ostatnia nitka mego szczęścia pękła!
    Szymon zapłakał, jam przed nim uklękła:
    Niech Bóg — mówiłam — niech Bóg nie pozwoli,
    By serca nasze w jakiejkolwiek dobie
    Miały się zmienić, ostygnąć ku sobie!
    Szymon szczęśliwy chciał coś odrzec na to:
    Lecz było późno — zerwałam się z ławy...
    Czy to ze szczęścia, czy może z obawy,
    Serce mi drżało, gdy wbiegłam do chaty.
    Aż wpół oślepłe źrenice u dziada
    Postrzegłszy bladość — zaprzestał gawędki:
    Co tobie, Marto? czegoś taka blada?
    Napij się wody! Bieg musiał być prędki!

    XXII.

    Na przyszłą wiosnę miał być ślub z Szymonem.
    Marzyłam o nim, liczyłam tygodnie,
    Po tysiąc razy w sercu rozmarzonem
    Pytałam siebie, czy miłość nie chłodnie?
    Lecz serce zawsze mówiło radośnie,
    Że silniej bije, że uczuciem rośnie.
    A on czy kochał? — dobrzem to wiedziała,
    Inaczej wierząc grzeszyłabym srodze;
    Wciąż jedną myślą jego głowa pała,
    Wciąż w jego duszy nowy skarb znachodzę.
    Ale my biedni — wśród mozolnej pracy
    Nie sposób zawsze bywać przy kochanku,
    Nie sposób być tam, gdzie się myśl obraca,
    Nie sposób serce pieścić bez ustanku.