Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/523

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Mówiąc, że żaden ulgi nie przyniesie,
    Że mu najlepiej, gdy błąka się w lesie,
    Kiedy się w dumkach i pieśniach rozmarzy
    Olepszym świecie, gdzie kmiotkowie sami,
    Gdzie ani dworu, ni gospody niema,
    Gdzie młode dziewczę nie igra z sercami,
    Przysięgnie miłość — i pewnie dotrzyma.
    — Tam mi pozwólcie, abym pędził życie!
    Puśćcie mię! — wołał w szalonym obłędzie —
    Tam złożę piosnkę — otóż obaczycie,
    Że jeszcze takiej nie było... nie będzie!
    I znowu, bredząc, widział dzikie mary,
    I znowu światu złorzeczył boleśnie;
    Przeklinał trunek, pijąc go bez miary,
    Przeklinał pieśnie, układając pieśnie.
    Wkońcu w obłędach i sam tak się mami,
    Że i przeklinał, i gadał pieśniami.
    Niektóre z piesień chwyciły dziewczęta
    I dzisiaj pieją w sianokos lub żniwo;
    Insze, tak mądre, że czart nie spamięta,
    Głosiły dolę w przyszłości szczęśliwą:
    O złotych pługach, pod któremi trawa
    Zaraz w wysokie przeradza się zboże;
    O wielkich sercach, z których kropla krwawa
    Całe stulecia uszczęśliwiać może;
    O wielkich pieśniach — i znów mu się kręci
    Taniec w gospodzie i uśmiech dziewczęci.
    A czasem w lesie rękoma wpół chwyta
    Brzózkę, jedlinę, albo głogu ciernie,
    I nawpół z płaczem, wpół z uśmiechem pyta:
    Czy będziesz kochać — ale kochać wiernie? —
    Nareszcie żadnych przełożeń nie słucha.
    Nic nie pił, nie jadł — i pobledniał srodze,
    I tu na piasku przy ustronnej drodze,
    Oddał nieszczęsny Panu Bogu ducha.
    Nieprędko biednych poszukali szczętów.
    A gdy znaleźli, gdzie leży syn wdowi,