Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/522

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    A biedny człowiek, co w tym piasku leży,
    Był taki samy, jak i wszyscy grzeszni.
    Nie Szwed, nie Tatar — starej skazki wzorem —
    Ani był rycerz doświadczony w sile,
    Nawet po śmierci nie chodził upiorem,
    To i cóż gadać o jego mogile?
    Toć chyba jaki żebrak z pod kościoła,
    Wziąwszy jałmużnę, modląc się za zdrowie,
    Jeśli wie dzieje tutejszego sioła,
    O tej mogile kilka słów ci powie.

    XVII.

    Był to syn biednej wdowy na zagrodzie,
    Która już także w Bogu odpoczywa;
    Składał piosenki bywało we żniwa,
    Zimą na skrzypcach wygrywał w gospodzie;
    Na wszystkich ludzi poglądał surowie,
    Chociaż rad bywał w każdym wiejskim tłumie;
    O dziwnych dumkach, co snuł w swojej głowie,
    Gada bywało — a nikt nie rozumie.
    Na rok przed śmiercią zamilknął, jak ściana,
    Jak nawiedzony, dotknięty niemową;
    Potem do ludzi zbliżył sie na nowo,
    I pijał z ludźmi od nocy do rana;
    A gdy w gospodzie nie było nikogo,
    Pijał sam jeden, bez końca, bez miary;
    Snuł się po polach niedeptaną drogą,
    Szedł w dzikie lasy, w niedostępne mszary,
    I piewał pieśni, usiadłszy przy sośnie,
    Rad, że mu echo odhuka donośnie.
    Tak przez półrocze, czy coś więcej pono,
    Pijąc i piejąc o swojej niedoli,
    Głowę przez trunek i pieśń odurzoną
    Cisnął rękoma — wołał, że go boli,
    Że serce drze się, że puls coraz prędszy,
    Ze z piersi oddech wybucha gorętszy.
    Chciano go leczyć — uciekł od lekarzy,