Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/411

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Siadłszy przy ogniu, co wesołość budzi,
Taki słyszałem rozhowor tych ludzi:

XXIII.

Bądź zdrów, Szymonie! Pij wesół Marcinie!
Tak... tak... starego paniska nam szkoda!
Gdzie się to stary obraca Łagoda?
Bóg raczy wiedzieć — ot marnie gdzieś zginie.
Widzisz!... odarli człeka do ostatka
I w świat puścili — aż strach, panie kumie!
Co jemu zagon i czynszowa chatka?
Wszakże on sochy udźwignąć nie umie;
A gdyby umiał, to tylko zastęka,
Nie jego siła, nie jego w tem ręka.
Co to? wiek cały przebył po szlachecku.
Jak tu przywyknąć w ubogiej chudobie?
A w lat sześćdziesiąt — to siły jak w dziecku,
Czuję to, kumie... czuję sam po sobie.
— Co to Szymonie! Bóg dobry i basta!
Przed nim nie uda kłamliwy potwarca.
Już dzięki Bogu i dziatwa podrasta,
Coraz pocieszy i wyręczy starca.
Niech tylko rękom powodzi się praca!
Niech będzie szczęśliw, kędy się obraca.
— Dziś, gdyby do nas zawitał na chwilę, —
Rzekł drugi wieśniak przyparty do ściany:
Swojego dworku, gdzie przeżył lat tyle,
Aniby poznał — takie tam odmiany!...
Prawda, że z nami bywa czasem kręto,
Za to Zabora wszędzie zysk wyciśnie,
Bo gospodarzy pięknie i korzystnie.
Ot nowe spichrze budować zaczęto,
Nowemi gonty pokryto dom cały,
Morgują pola i kopia kanały.
Na przyszłą wiosnę zawiną się dzielnie:
Poczną pod wioską stawiać wietrzne młyny,
Budować z muru piętrowe gorzelnie,