Strona:Poezye Konstantego Piotrowskiego.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I obfitym łez strumieniem,
Chciałem obmyć zbrodnię krwawą.
Lampa tlejąca blady połysk daje,
Ona w swojej szacie białej,
Idzie i przede mną staje.
Oczy jej czarne jak gwiazdy jasniały.
Nie — nie mara mię łudziła,
Ach! Ojcze to ona była.
Usta jej słodyczą tchnęły,
Włosy na barki płynęły,
Ona we wszystkich swych wdziękach,
Syna trzymała na rękach.
Tak ona „niebom przeprosił“
Łez potokiem licem zrosił.
Chcę ją w najżywszych objąć uniesieniach,
Ale jej serca, życie nie potrąca;