Strona:Poezye Konstantego Piotrowskiego.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rzucicie stół — goszczących tłuszcza zgromadzona,
Strwoży się — a wy sobie rzekniecie „to ona.“
Kiedy was śmiertelności dręczyć będą męki,
Gdy złoto nawet w oczach waszych straci wdzięki,
Gdy ostatnie wejrzenia rzucicie po ziemi,
Wtenczas wyznacie — żeście byli mnie równemi.

W tym momencie od całej ziemi opuszczona,
Gdzież mam pójść? — Boże pójdę do twojego łona.
Wszystko mi dziś okrutni ludzie odbierają,
Ciebie jednego tylko wydrzeć nie zdołają.
Ty coś patrzał na moje w domu ciche cnoty,
Przyjmiesz mię-na mych katów ciężkie zeszlesz groty.
Com rzekła? nie — nie — czuję święty promień łaski,
Boże! ty cierpkie z światem umarzasz niesnaski;