Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A proboszcz rzecze: cóż się mówić godzi,
Kiedy się między dobrych ludzi wchodzi?
Oto, skłoniwszy się na wszystkie strony,
Mówi się: niechże będzie pochwalony...
— Toć prawda, prawda! — staruszek zawoła, —
Z dziwną jasnością pogodnego czoła,
Z podniesionemi do góry ramiony:
Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony!

Nazajutrz rano, przed księżemi wroty,
Stały schylone po ojcu sieroty;
Pomiędzy brzozy i topole wonne,
Niosąc ofiarkę księdzu na podzwonne,
I o modlitwy za zmarłego prosząc;
A ksiądz oblicze łzy rzęsnemi rosząc,
Rzecze: nie płaczcie! dola jego błoga,
Jako był w łasce szczególnéj u Boga. —
Już ci on w niebie, — już on tam szczęśliwy! —

A gdy to mówił, z nad zielonéj niwy,
Do okna księdza, pod schylony daszek,
Przyleciał śliczny w złotych piórkach ptaszek,