Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Każda mu w oczach staje sprawa płocha,
Nad każdą pustą myślą się zaszlocha,
A ksiądz go cieszy: miéj nadzieję w Panie,
Bądźcież spokojni, przyjacielu Janie. —

— Skończył, — nie długie było tam gadanie, —
Bo żywot biednéj, pracowitéj kmieci
W polu i boju, czyściuchno przeleci,
Wiatry i deszcze myją grzeszne ciało,
A anioł duszę, gdy w nią napadało;
Wszędzie są złości, — i kto grzechów niema? —
Ale ten najmniéj, kto się roli trzyma,
I pod tym krzyżem, który pola strzeże,
Myśl o Jezusie w dobre serce bierze;
Krzyżem się w polu stojącym pociesza,
Na krzyżu wszystkie swe nędze zawiesza.

Po rozgrzeszeniu, staruszkowie biali,
Jak przyjaciele dwaj się uściskali,
I proboszcz rzecze, łzy ścierając w skrusze:
— Prościesz tam Janie i za moją duszę,