Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niech będzie pochwalony!


Przed chatą siedział staruszek sędziwy,
Jak szczapa wyschły, jak gołąbek siwy,
Ukrywszy lice w swoje dłonie obie,
Siedział na sosze i wciąż dumał sobie;
Dumał o życiu, co mu przeszło w pracy,
O wierze w Boga i o wiecznéj płacy,
I wzdychał czasem, poczem podniósł głowę,
I od ogrodu przywołał synowę:

— Idźcie po księdza, bo mie niestać na to,
Ostatni dzionek siedzący przed chatą;
Już mi na drogę nogi nieposłużą,
A z Dobrodziejem mam pogadać dużo.
Coś mi się widzi, że jutro jak świty,
Trza zdać rachunek za ten wiek przeżyty,
To radbym grzechy wszystkie zrzucić z siebie,
Bo jak grzesznemu pokazać się w niebie?...
Niechby Dobrodziéj wziąwszy chłopca z dzwonkiem,
Przyszedł ze starym rozmówić się Jonkiem.
Dobra niewiasta zadziwiona rzecze: