Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W cieniach ogrodu między dębami,
Na lekkim zmierzchu ujrzą klęczącą,
Postać staruszka od światła lśniącą.
Przeto się cały orszak zatrzyma,
Czyli jakiego złudzenia nie ma.
Lecz najwyraźniéj z starca habitu,
Wychodzą blaski jak gdyby świtu.
Ręce wzniesione, głowa i broda,
Jak kiedy się kto na wolę poda.
Cały w pacierzu, cały na niebie,
Jakby za życia wyszedł ze siebie,
A kiedy na raz orszak spostrzegnie,
Że Swięty[1] klęczy a w górę biegnie,
I wciąż na drzewa spokojne liście,
Blaski od niego biją srebrzyście.
Pochylą głowę, zegną kolana,
I uczczą sługę wiecznego Pana.
Klęczą i słyszą jakby rozmowę:
— Miłość i łaska na twoją głowę,
I znowu słyszą nie na mnie panie,
Nawróconemu niechaj się stanie,
Każdemu który do ciebie wróci,

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Święty.