Strona:Podróże Gulliwera T. 2.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go o audyencyą dla cudzoziemca, który jedynie w tym celu tu przybył. Prośba natychmiast dopełnioną została, i wszyscy trzej weszliśmy do bramy pałacu przez szereg gwardyi po staroświecku ubranej i uzbrojonej, której widok nieopisanym przejął mnie strachem. Przeszliśmy przez wiele pokojów, w których służący tego samego gatunku ustawieni byli, aż nareszcie przybyliśmy do pokoju gdzie się gubernator znajdował i gdzie po wielu ukłonach i niektórych zapytaniach, pozwolono nam usiąść na trzech krzesłach koło tronu Jego Książęcej Mości.

Ten Książe rozumiał język Balnibarbski, lubo ten bardzo się różni od języka tej wyspy. Prosił mnie abym mu opisał moje podróże, a dla pokazania mi swojej poufałości z jaką chce obchodzić się ze mną, odprawił wszystkich swoich ludzi jednym znakiem palca, którzy też jak mary, w jednym momencie znikęli. Przez niejaki czas byłem w wielkiej trwodze, lecz gdy mnie gubernator zapewnił, że najmniejszej do obawy nie mam przyczyny, i sam widziałem że towarzysze moi, którzy już nieraz takim sposobem zostawali przyjęci, zupełnie byli spokojni; uspokoiłem się i opowiadałem mu przypadki moich podróży, z niejaką jednak trwożliwością i częstem oglądaniem się po za siebie gdzie te straszne widma zniknęły.

Miałem honor obiadawać z gubernatorem, przyczem znowu inne duchy przynosiły potrawy i przy stole usługiwały. Tą razą nie trwożyłem się tak mocno jak przedtem. Zostałem aż do wieczora, i